Roy zaskocz nas, czyli o tym dlaczego Anglia nie wyjdzie z grupy

11 Czer

Jeden z niekwestionowanych faworytów tegorocznych Mistrzostw Europy – Holandia, przegrała przedwczoraj mecz z Danią i uwzględniając konieczność starcia z Niemcami i Portugalią – być może zaprzepaściła swoje szanse na wyjście z grupy śmierci.

Druga z grup śmierci – grupa D w składzie z Liverpoolem FC Anglią, Francją, Ukrainą i Szwecją, wygląda równie interesująco. Choć wydawałoby się, że największe szansę na sukces ma któraś z dwóch pierwszych drużyn – to prezentujemy kilka faktów, które sugerują, że na pewno nie jest to Anglia.

#1 – trener: Roy Hodgson nadzieja angielskiej myśli szkoleniowej – był piłkarzem co najwyżej przeciętnym, a od 29 roku życia jest najwyżej przeciętnym trenerem. W swojej karierze poprowadził 19 zespołów w przeciągu 36 lat. Co daje mniej niż 2 lata w jednym klubie. Sir Alex Ferguson wygląda mniej więcej tak,

a tymczasem Roy może do swojego CV wpisać: czterokrotne mistrzostwo Szwecji, dwukrotne zwycięstwo w pucharze Szwecji oraz mistrzostwo Danii z FC Kopenhagą. W obliczu takiej posuchy, wspomnę jeszcze o dwóch innych wielkich momentach Hodgsona – finale pucharu UEFA w 1997 z Interem Mediolan oraz finałem Ligii Europejskiej w 2010 z Fulham. Nie trzeba być znawcą, żeby zauważyć, że jak na trenera Anglii i to 66-letniego – CV ma biedne.

#2 – Kontuzje i zawieszenia: absencja Wayne’a Rooneya, kontuzje Barry’ego, Lamparda, Walkera, Cahilla i nieobecności kilku innych, o których za chwile.

#3 – Powołania: bowiem jak się okazuje – Roy Hodgson nie jest z tych, co idą po linii najmniejszego oporu. Pierwotnie – nie powołał do kadry 82-krotnego reprezentanta „Synów Albionu” – Rio Ferdinanda. Swoją decyzję tłumaczył tak:

To decyzja podjęta wyłącznie z powodów sportowych. Brałem pod uwagę sytuację z ostatnich miesięcy, a Rio nie występował zbyt często w kadrze od ostatnich mistrzostw świata. Uważam z kolei, że Terry grał bardzo dobrze, szczególnie w drugiej połowie sezonu i jest odpowiednią osobą do reprezentacji – wyjaśnił swoje motywy Hodgson.

I choć już wtedy było oczywistym, że ta decyzja nie ma nic wspólnego z umiejętnościami Anglika – Ferdinand był w tym sezonie jednym z najlepszych środkowych obrońców w lidze angielskiej. To już zupełnie jasne stało się to kilka dni temu – kiedy Hodgson, zaczął łatać dziury w obronie piłkarzem, który wystąpił w tym sezonie 12 razy w Premier League (!), w 8 drużynie ligii. Bowiem Hodgson nawet w obliczu dzikiej wuchty masy kontuzji w obronie, zdecydował, że nie powoła Rio Ferdinanda – określonego kilka dni temu, przez Kenny’ego Dalglisha mianem najlepszego środkowego obrońcy w Anglii. Zamiast tego w kadrze znalazło się miejsce dla wyżej wspomnianego Kelly’ego, który na co dzień gra w Liverpoolu FC. Nie przez przypadek o tym wspominam – kiedy spojrzy się na to jak wielu piłkarzy kadry zostało powołanych, właśnie z tego klubu (który zajął – przypominam – 8 miejsce w lidze!) i na to, że i w tym klubie Hodgson odnotował jeszcze jeden epizodzik do kolekcji – wszystko staje się jasne.

Absurdalność decyzji Anglika, poszła jeszcze dalej – w obliczu analogicznej sytuacji w środku pola, zdecydował się na podobne manewry. Które dobrze obrazuje następująca tabelka:

Miejsce w kadrze znalazło się dla wszystkich po lewicy Michaela Carricka. Nawet dla Stevena Gerrarda, który jest cieniem siebie sprzed lat i więcej czasu spędza w szpitalu, aniżeli na boisku.

Podsumowując – reprezentacja Anglii zrobiła wszystko, by zaprzepaścić swoje szanse na jakikolwiek sukces, już przed pierwszym gwizdkiem. W wyniku konfliktu na linii trener – federacja, pozbyli się na dwa miesiące przed mistrzostwami, jednego z najlepszych trenerów w Europie. W jego miejsce zatrudnili nieudacznika, który pominął w swoich powołaniach kilka znaczących nazwisk, a na dodatek los pokarał go kilkoma istotnymi kontuzjami. I tak jak co roku Anglia chociaż sprawiała pozory drużyny, która może odnieść sukces, tak w tym wydaje się to mało prawdopodobne. Mimo wszystko proszę – Roy zaskocz nas! 

Polacy nauczmy się zwyciężać!

6 Czer

W całym kraju dzieją się rzeczy niebywałe. Polacy jakby wbrew swojemu naturalnemu przygnębieniu zdradzają oznaki radości czy może podekscytowania. Mamy czerwiec – może to pogoda? Wyglądam przez okno – ojej… to definitywnie nie to. Nie przychodzi mi na myśl nic bardziej twórczego i zawiedziony swoją kiepską dedukcją – zrezygnowany siadam przed telewizor.

A tam rzeczy niesłychane! We Wrocławiu otworzono bodajże najpiękniejszy dworzec w całym kraju. Nie przepadam za ukrytą opcją niemiecką – przeskakuje na kolejny kanał. I trafiam … z deszczu pod rynnę. STOLYCA. Że niby jakaś autostrada i że do Berlina można. Ba jak mamy być już w pełni uczciwi – to nawet do Lizbony. Gratulujemy Polsce, że dzięki niej można dojechać do Lizbony! Zniechęcony tą propagandą sukcesu trafiam na telewizję poznańską. Mawiają – wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej – ta… Tutaj z kolei wbrew wszelkim obawom udało się zdążyć z większością remontów. Otwierają Roosvelta i Grunwald – można dojechać na stadion. Na Franowie w sobotę otwarta zostanie jedna z najnowocześniejszych zajezdni w Europie.Torowiska porasta zielona trawa, a skwery przyozdabiają świeżo posadzone kwiaty. Zaczyna mi się robić nie dobrze, ale będzie tylko gorzej.

Okazuje się, że Euro w Polsce i na Ukrainie elektryzuje całą Europę. Na mecz do Wrocławia ma przyjechać szef-wszystkich-szefów Władymir Putin. Niemcy natomiast są zachwyceni swoją siedzibą w Gdańsku (oni to zawsze mieli słabość do tego miasta), a dzisiaj odwiedza ich nie kto inny jak Angela Merkel. Giuseppe Trappatoni – trener Irlandii dziękuje Polakom za gorące przyjęcie. Mało tego – włoskie, angielskie, niemieckie media są zgodne, że Polska wyrasta na lidera regionu. Wygląda na to, że Polacy zdają sobie z tego sprawy – wszędzie dumnie powiewają flagi.

STOP! Mam tego szczerze dość – takiej szopki już dawno nie widziałem. Skoro chwalą nas za granicą – to nie może wróżyć nic dobrego. A przyjazd Merkel i Putina – kojarzy mi się tylko z tak wymownymi datami jak 1772 i 1939. Całe szczęście poza tymi zepsutymi żydowsko-masońskimi mediami na usługach rosyjskich niemców, mam jeszcze swoją stacyjkę, gdzie do głosu do puszcza się tylko Prawdziwych Polaków Mających Monopol Na Bycie Patriotami.

Z pomocą przychodzi mi Wojtek Cejrowski, który jako Patriota zasłynął z tego, że chciał (zrzekł?) się obywatelstwa polskiego, a jako Katolik – że jest po rozwodzie. Jako niekwestionowany więc patriota zauważa, że flagi polskie to zuo – nasza czerwień to czerwień „sowiecka, nie zaś polska, królewska i niepodległa”. Zaraz potem trafnie ośmiesza te wszystkie flagi i uśmiechniętych ludzi, słowami:

Nad moimi rodakami chce mi się płakać. Potrząsnąć nimi: ludzie, daliście sobie wyprać rozum, odebrać godność osobistą, To nie jest fajne! Fuj! Taką polskością w idiotycznych kapeluszach to mi się chce rzygać – mówi w rozmowie z „Polonia Christiana”.

Wiarę i optymizm w narodzie krzewi też jeden z czołowych polityków Jedynej Słusznej Partii – Błaszczak. Który wyrokuje, że EURO2012 będzie organizacyjną porażką.

Przesłuchałem te wywiady jeszcze kilka razy. Teraz spokojnie mogę iść spać, ze świadomością, że nic nam się nie uda, a już nie długo będę mógł świętować razem z innymi kolegami-patriotami kolejną porażkę w historii Polski – bo do zwycięstw nie przywykłem.

Ujmujący Julio Cortázar

4 Czer

„Każda zakochana pamięć przechowuje swoje magdalenki, moja – dowiedz się o tym gdziekolwiek jesteś – woń jasnego tytoniu, który przywraca mnie twojej smukłej nocy, uderzeniom wiatru twej najgłębszej skóry. Nie jest to ani zapach wdychanego tytoniu, ani dymu, który wyścieła gardła, lecz ta zwiewna, myląca woń, jaką na palcach zostawia fajka, woń, która w jakiejś chwili, w jakimś niezauważalnym geście wzrasta, uderza biczem rozkoszy, aby spiąć twoje wspomnienie, cień twych pleców na białym żaglu prześcieradeł. Nie patrz na mnie z twojej nieobecności z ową trochę dziecinną powagą, robiącą ci z twarzy maskę młodego nubijskiego faraona. Chyba od zawsze było wiadomo, że będziemy dawali sobie tylko rozkosz, ulotne alkoholowe festyny i puste ulice o północy. Dostałem od ciebie więcej niż to, lecz we wspomnieniu powracasz do mnie leżąca i naga, naszą najdoskonalszą planetą było owo łóżko, gdzie powolne, nieodparte geografie rodziły się ze wspólnych podróży, z tylu lądowań łaskawych lub opornych, z poselstw niosących kosze owoców lub z zaczajonych łuczników, każdą zaś rzeczkę, każdy wzgórek i każdą równinę zdobywaliśmy pośród wyczerpujących nocy, pośród ciemnych pertraktacji – sprzymierzeńcy lub wrogowie. O, samopodróżująca maszyno zapomnienia! Roztargnionym gestem przesuwam ręką po twarzy i zapach tytoniu na moich palcach przynosi cię raz jeszcze, aby wyrwać mnie z tej przyzwyczajonej rzeczywistości, a ciebie, niby antylopę, rzucić na ekran tego łóżka, na którym przemierzaliśmy nie kończące się drogi naszego przelotnego spotkania. Uczyłem się z tobą równoległych języków: geometrii twego ciała wypełniającej mi usta i ręce drżącymi twierdzeniami, i twej odmiennej mowy, twej mowy wyspiarskiej, która tylokrotnie wprowadzała mnie w błąd. Z zapachem tytoniu przypływa teraz dokładne wspomnienie, całe zmykające się w jednej sekundzie jak oko cyklonu; wiem, że powiedziałaś żal mi, czego nie zrozumiałem, bo moim zdaniem nic nie mogło dać ci powodu do żalu w tym gąszczu pieszczot, zmieniającym nas w czarno-biały kłębek, w powolnym tańcu, gdy jedno opierało się na drugim, aby potem poddać się lekkiemu uściskowi ud, ramion, miękko się przemieniającemu, rozplątującemu się po to, aby potem znów się splątać, powtarzając upadki ze szczytu lub z dna, jeździec czy źrebię, łucznik czy gazela, hipogryfy stojące twarzą w twarz, delfiny w pół skoku. Wtedy zrozumiałem, że żal w twych ustach jest inną nazwą skromności i wstydu i że nie jesteś w stanie sprostać memu następnemu pragnieniu, których tyle już zaspokoiłaś, że błagalnie mnie odpychasz, kryjąc oczy, opierając brodę o piersi tak, by w ustach zostawić tylko czarne gniazdo twoich włosów. Powiedziałaś żal mi, wiesz… i leżąc na wznak, spojrzałaś na mnie oczami piersiami, wargami rysując kwiat o delikatnych płatkach. Musiałem skrzyżować ci ramiona, ostatnie moje życzenie wyszeptać przesunięciem po najsłodszych wzgórkach, czując jak powoli mi ustępujesz i kłonisz się na bok, ofiarując mi jedwabisty mur twoich pleców, gdzie niewielka łopatka przypomina skrzydło skalanego anioła. Było ci żal, i z tego żalu miał się narodzić zapach, który teraz przypomina mi twój wstyd, poprzedzający następne przyzwolenie, tym razem ostatnie, które wzniosły nas w tę samą, pełną drżeń replikę. Wiem, że zamknąłem oczy, że zlizywałem słoność twojej skóry, że schodziłem, dopóki nie poczułem talii jak zwężenie dzbana, gdzie można oprzeć ręce w rytmie składania ofiary; w jakiejś chwili zagubiłem się w przejściu ukradkowym i ciasnym, które odmawiało rozkoszy moim wargom, podczas gdy z odległego, wysoko leżącego kraju twój żal, mrucząc, bronił ostatnich, już poddających się bastionów. Wraz z zapachem jasnego tytoniu na palcach wznosi się znów szemrzący bełkot, drżenie tego ciemnego spotkania, wiem, że moje usta szukały tamtych ukrytych, tej pojedynczej wargi zaciskającej się w swym przerażeniu, tego płonącego różowo-brązowego konturu, który oddawał cię mojej najdalszej podróży. I jak się to zawsze zdarza, w owym delirium nie poczułem tego, co teraz przywodzi mi twoje wspomnienie poprzez zwiewny zapach tytoniu, ale owa woń mchu, owa cienista wspaniałość znalazła swą sekretną drogę, poczynając od potrzebnego, natychmiastowego zapomnienia, niewypowiedzianej gry ciała, które przesłania świadomości to, co porusza najgłębsze, nieubłagalne mechanizmy ognia. Nie byłaś ani smakiem, ani zapachem, twój najgłębiej ukryty kraj wyrażał się jako obraz i dotyk, i tylko dziś palce niechcący splamione tytoniem powracają mnie chwili, w której wyprostowałem się na tobie, aby z wolna żądać kluczy otwierających przejście, sforsować słodki odcinek, na którym twój żal tkał ostatnie obronne linie, teraz, gdy z twarzą zatopioną w poduszce wyszlochiwałaś zaklęcie skrytego przyzwolenia, rozrzuconych włosów. Potem zrozumiałaś i nie było żalu, oddałaś mi miasto twej najgłębszej skóry z innych pozycji, choć po niezwykłych oblężeniach, rokowaniach, bitwach. W tej złudnej tytoniowo-waniliowej woni, która dziś plami mi palce, budzi się noc, podczas której przeżyłaś swój pierwszy, swój ostatni żal. Zamykam oczy i wdycham z przeszłości ten najintymniejszy zapach twego ciała; chciałbym nie otwierać ich na to, w których czytam i palę, i myślę, że jeszcze żyję.”

Julio Cortazar – Ostatnia runda (Último round), 1969 (fragment)

„- Możliwe, możliwe. Prawdą jest, że przez tygodnie po pogrzebie po raz pierwszy odczułem coś w rodzaju szczęścia. Wciąż jeszcze odwiedzałem co jakiś czas matkę Luka, zanosiłem jej jakąś paczkę biszkoptów, ale nie obchodziła mnie już ani ona, ani ten dom, byłem jakby oszołomiony pewnością, wspaniałą pewnością, że jestem pierwszym człowiekiem śmiertelnym, uczuciem, że moje życie nie będzie się marnowało dzień za dniem, kieliszek za kieliszkiem, i że nie skończy się pewnego dnia, w jakimkolwiek miejscu, o jakiejkolwiek godzinie, powtarzając aż do końca przeznaczenie kogoś nieznajomego, kto umarł Bóg wie gdzie i Bóg wie kiedy, że oto naprawdę umrę, bez żadnego Luka, który się włączy w to koło, by idiotycznie powtarzać idiotyczne życie. Niech pan zrozumie tę pełnię, człowieku, niech mi pan pozazdrości tego szczęścia póki żyje.

Bo chyba nie miał żyć długo. Dowodziło tego i bistro, i wino, i te oczy błyszczące niecielesną gorączką. Tyle, że chociaż przeżył tych kilka miesięcy, rozkoszując się wszystkim, każdą sekundą swojej szarej egzystencji, swym nieudanym małżeństwem, ruiną swych pięćdziesięciu lat, przeświadczony o swej nienaruszalnej nieśmiertelności. Pewnego dnia przechodząc przez Ogród Luksemburski zobaczył kwiat.

– Rósł sobie na brzegu rabatki, taki zwykły żółty kwiat. Zatrzymałem się, żeby zapalić papierosa i patrzyłem na niego z przyjemnością. Wydawało mi się, że i on na mnie patrzy, te dziwne kontakty, które czasami.. No wie pan, każdy do jakoś odbiera, to co nazywają pięknością… dokładnie to, bo to był rzeczywiście piękny, bardzo piękny kwiat… A tu ja – skazany na to, że pewnego dnia umrę na zawsze. A kwiat był taki cudowny, i ta myśl, że zawsze będą kwiaty dla przyszłych ludzi. Nagle zrozumiałem, czym jest nicość, była tym, co wydawało mi się spokojem, ostatnim ogniwem łańcucha. Ja umrę, Luk już nie żyje, nigdy już nie będzie kwiatu dla kogoś takiego jak my, nie będzie już nic, absolutnie nic, a nic – to było właśnie to, że już nigdy nie będzie kwiatu. Zapalona zapałka sparzyła mi palce. Na placu wyskoczyłem w jakiś autobus i zacząłem bezsensownie gapić się, gapić się na wszystko, na to, co było na ulicy i na to co było w autobusie. Kiedy dojechaliśmy do ostatniego przystanku, wysiadłem i wskoczyłem w inny autobus, jadący na przedmieścia. Całe popołudnie, aż do zmroku, wsiadałem i wysiadałem z autobusów myśląc o kwiecie i o Luku, szukając pośród pasażerów kogoś, kto by był podobny do niego, do mnie albo do niego, kogoś, kto mógłby znowu być mną, kogoś, na kogo mógłbym patrzeć z myślą, że to ja, a potem pozwolić mu odejść nie mówiąc słowa, niemal czuwając nad tym, by w dalszym ciągu mógł wieść swoje biedne głupie życie, swoje zmarnowane idiotyczne życie, ku innemu idiotycznemu zmarnowanemu życiu, ku innemu zmarnowanemu idiotycznemu życiu, ku innemu…

Zapłaciłem.”

Julio Cortazar – Żółty kwiat – Opowiadania zebrane (Cuentos completos), 1975

Polak – obywatel drugiej kategorii z wyboru

12 Maj

To takie zabawne (żałosne?) jak słuchasz Polaków w obliczu jakiegoś ważnego wydarzenia, lub nawet jakiejś błahostki i okazuje się, że najbardziej nurtującym problemem przeciętnego Polaka jest to „co pomyślą o nas za granicą?”. Pytanie zresztą jak najbardziej aktualne – za niespełna miesiąc rozpoczyna się EURO2012, a niektórzy już zaczęli cierpieć na bezsenność.

Pytanie to rozbrzmiewało przed referendum o wejściu do Unii Europejskiej. To pytanie, które dźwięczało za rządów Prawa i Sprawiedliwości. Pewnego razu usłyszałem, że najgorsze w tym całym pomniku Jezusa w Świebodzinie jest, to … co pomyślą za granicą. Innym razy pod piosenką T.LOVE – Polish boyfriend przeczytałem komentarz jakiegoś debila, który tłumaczył po angielsku, że „droga EUROPO, nie pomyślcie przypadkiem, że my słuchamy takiej muzyki, to takie JOKE, normalnie jesteśmy fajni i postępowi”. Wreszcie największym problemem z KOKO KOKO EURO SPOKO nie jest to, że jest po prostu lamerskie, tylko to ..  a domyślcie się sami. Dziwie się, że nie było nam wstyd jak papież umarł, no bo w sumie czemu nie?

Błagam! Czy jest z nami tak naprawdę źle? Czy jesteśmy tak bardzo zakompleksieni? Czy nie mamy większych zmartwień niż, to co o nas pomyślą? Co o nas pomyślą we Włoszech, gdzie latami rządził Silvio Berlusconi – mafiozo i alfons? A może na Węgrzech, gdzie premier w rozmowie, która nigdy nie miała ujrzeć światła dziennego wyśmiał swoich wyborców? A może w Hiszpanii, w której w przedszkolu opowiada się bajki o pingwinach gejach? Ta lista ma przeszło 200 pozycji – bo mniej więcej tyle państw jest na świecie i z pewnością, każde z nich ma czego się wstydzić.

Ludzie, trochę dystansu – do siebie i otoczenia, rozsądku, trzeźwego spojrzenia. Nie wmawiajmy sobie, że cała Europa jest skupiona na nas i czeka, żeby nas obśmiać. Polubmy siebie takimi jacy jesteśmy, z naszymi wadami, kiczem i obciachem. Nauczmy się z tego śmiać i umieć sprzedać.

Studia, a praca – czyli o tym, że kij ma zawsze dwa końce

11 Maj

Zdaje się, iż o polskim szkolnictwie wyższym zostało napisane już wszystko. Wytknięte zostały wady czy może nawet ułomności fundamentalne, ale i te zupełnie drobne. Ja proponuje  spojrzeć na szkolnictwo wyższe przez pryzmat ludzi, którzy są jego nieodłączną częścią – studentów.

Wielu z czytelników tego bloga studiuje, bądź już studia ma za sobą. Ta część czytelników ma więc wyobrażenie, jak wygląda w dużym uogólnieniu brać studencka. A jak wygląda? Łagodnie mówiąc, nie najlepiej.

Dominującym przekonaniem na studiach, jest to, że studia trzeba ZDAĆ, co najlepiej ilustruje zasada trzech z – zakuć, zdać, zapomnieć. Zasadę tę wygłaszają bez żadnej żenady nasi nauczyciele i rodzice, a my jako naturalni spadkobiercy, wprowadzamy w życie. Już na pierwszy rzut oka widać, więc, że polski student niekoniecznie jest zainteresowany wiedzą, a raczej papierkiem. Liczy się spryt. Byle do przodu. Studenci nie wybierają więc przedmiotów, które mogą uczynić ich bardziej atrakcyjnymi na rynku pracy, a te które słyszeli, że łatwiej zdać. Wielu studentów przeprawia się przez najtrudniejsze przedmioty z smartfonem pod pulpitem (korzystając z o zgrozo – uczelnianego Internetu!). Tu można oczywiście by zrobić coś co obiecywałem, że tego nie zrobie – skrytykować system. Skoro za ściąganie nie grozi, nic poza oblanie egzaminu, to co ma do stracenia ktoś kto nic nie wie? A wystarczyłby przepis na wzór amerykański – wypad z uczelni i po problemie.

Wracając do głównej myśli – polski student robi wszystko, żeby zdać, a nic, żeby wynieść wiedzę. Potem kończy studia z dumnym MGR przed nazwiskiem i zderza się z brutalną rzeczywistością. NIKT nie jest zainteresowany jego usługami. Dlaczego? Bo nie ma nic do zaoferowania ewentualnemu pracodawcy. Zmarnował pięć lat (albo i więcej) uganiając się za ocenami, albo co popularniejsze – za zaliczeniem roku, ale wiedzy nie wyniósł żadnej. Bo jak tu wynieść wiedzę, jak na najważniejszych egzaminach się ściągało, a fakultety wybierało się najłatwiejsze. Nie mówiąc już o kupowaniu prac magisterskich czy doktoranckich.

Nawet jeśli takiemu magisterkowi przypomni się jak to jego studia wyglądały i ile lat trwały, to od razu puści to w niepamięć i przyjmie jakże typową dla Polaków – postawę roszczeniową. JA MAGISTER?! JA NIE MAM PRACY?! TO PO CO JA SIĘ UCZYŁEM?! – właśnie, gdybyś Ty się uczył… Myśli sobie dalej – TEN KRAJ JEST CHORY! TU SIĘ LICZĄ TYLKO UKŁADY I ZNAJOMOŚCI!

Może jestem naiwny – ale dla najlepszych na roku – praca zawsze się znajdzie, cokolwiek byś nie studiował. Koła naukowe, konferencje, szkolenia, praktyki – wszystko to można robić podczas studiów. Kiedyś na takie stwierdzenie usłyszałem odpowiedź – no dobra, nie każdy jest stworzony do jakiejś nie wiadomo jakiej działalności nad programowej. To może po prostu nie każdy jest stworzony do studiów – pomyślałem.

I tu wracamy do problemu, który już kiedyś w moim artykule się przewinął – w Polsce studiuje za dużo osób, które nie powinny mieć w ogóle wstępu na uczelnie – ona powinna być zarezerwowana dla najwybitniejszych, najbardziej pracowitych i zdolnych jednostek.

Oczywiste – że ten artykuł, to w odczuciu wielu z was – przegięcie w drugą stronę. Ale proponuje po prostu, by działać w myśl zasady – jak chcesz zmieniać świat, to zacznij od siebie. Zrób wszystko co możesz w ramach obecnego systemu i dopiero potem krytykuj. Nie ma nic prostszego niż obwinianie całego świata, Smoleńska i wszystkiego na co nie mamy wpływu. Ale koniec końców można wziąć życie w swoje ręce i ujeżdżać je, tak by dojechać tam gdzie się zawsze marzyło, nie oglądając się przy tym na innych.

Apel do sumień, czyli krótki wpis o Smoleńsku

10 Kwi

Po przeczytaniu (tylko) dzisiejszych nagłówków dotyczących katastrofy smoleńskiej, przestaje mieć jakiekolwiek oczekiwania względem „naszych” polityków. Oprawiam to słowo w cudzysłowie, bowiem już dawno stało się jasne, iż są to ludzie kierujący się bardzo prymitywnymi pobudkami i ostatnia rzeczą jaką chcieliby zrobić, to coś dla naszego państwa.

Trudno mi skomentować zachowanie którejkolwiek ze stron konfliktu. Nie rozumiem, tych co w pierwszej kolejności odczytali zmarłych będących członkami PiSu, jak i tych, którzy szyderczo skandują „Smoleńsk, kurwa”. Nie chce też stawać po żadnej stronie konfliktu, bo uważam, że sam konflikt jest bezsensowny.

Chciałbym tylko wyrazić smutek i zażenowanie całą tą sprawą. Dobrze pamiętam, że 10.04.2010 wielu Polaków, niekoniecznie popierających Jedyną Słuszną Partię, potrafiło oddać należyty hołd ofiarom katastrofy smoleńskiej.  Miałem nadzieję, że będzie to początek końca wielkiego politycznego konfliktu. Wierzyłem, że tak traumatyczne i dotkliwe przeżycie (które przecież początkowo, dotknęło każdego Polaka!), może nas tylko zjednoczyć.

Szybko okazało się, jak bardzo byłem naiwny. Katastrofa smoleńska zawłaszczona przez polityków, stała się początkiem podziału, jakiego w społeczeństwie polskim jeszcze nie było. Ludzie, którzy potrafili zachować się należycie w na kilka dni po katastrofie, szybko zaczęli niewybrednie żartować i szydzić ze Smoleńska, w odezwie przeciwko „nieobliczalnym” zachowaniom środowisk propisowskich.

Tym krótkim wpisem, chciałem tylko przypomnieć, że bez względu na to, co zrobili nasi politycy ze Smoleńskiem i jakiekolwiek mamy poglądy polityczne – 10 kwietnia 2010 roku miała miejsce jedna z największych katastrof w historii Polski. Jednego dnia zmarło kilkudziesięciu, najwyższych urzędników państwowych i innych mniej lub bardziej zasłużonych Polaków. W gronie tym znalazł się prezydent, który lubiany albo i nie, jest przedłużeniem i symbolem państwa. Nie zapominajmy o tym.

Mój apel, więc jest prosty – nie dajmy się naszym polityczkom. Spójrzmy na Smoleńsk jak ludzie, jak dumni Polacy, a nie jak jedna ze stron konfliktu. Jakkolwiek to przykre, katastrofa smoleńska już na zawsze będzie elementem naszej historii. Uszanujmy więc naszą historię – bo jeśli nie my, to nikt inny jej za nas nie uszanuje. A jeśli nie, to miejmy chociaż świadomość, że politycy, którzy swoim prymitywnym postępowaniem prowadzą do rozbicia naszej tożsamości, odnoszą kolejny i być może ostateczny sukces.

PS: Na koniec załączę jeszcze to:

„One good thing about music, when it hits you feel no pain”

9 Kwi

Ktoś ostatnio zapytał czym jest dla mnie muzyka. Odpowiedź wydaje się prosta, chociaż nigdy nie będzie w pełni kompletna. Jest uzależnieniem, od którego nie zamierzam się uwolnić. Łącznikiem między każdym elementem mojego życia. Dymem papierosowym unoszącym się leniwie nade mną w zatłoczonym barze, zapachem letnich wieczorów, tłem do długich rozmów i spotkań, skojarzeniem, symbolem chwili wartej zapamiętania. Tworzy cienką granicę oddzielającą mnie od rzeczywistości, pozwala oderwać się od świata kiedy tego potrzebuję.

A kiedy słyszysz ją  na żywo, działa jeszcze intensywniej, przejmuje niepostrzeżenie kontrolę. Staje się jednym z najprzyjemniejszych dreszczy, który przeszywa ciało, kiedy stoisz w chaosie tłumu. Serce z każdym dźwiękiem bije coraz mocniej. Krzyczysz by uwolnić emocje i upewnić się, że jeszcze tutaj jesteś, pogrążasz się w niej i wszystko dookoła na chwilę przestaje istnieć. Poświęcasz jej całą energię, świadomie poddajesz się. Zamykasz oczy by poczuć ją mocniej, nie przegapić ani sekundy. To jeden z najpiękniejszych rodzajów zatracenia.

Muzyka kształtuje w jakimś stopniu każdego z nas, pobudza wyobraźnię, wzrusza, zachwyca, jest niewyczerpalnym źródłem emocji. Jest terapią, skutecznym lekiem, rozrywką, pasją, modlitwą, inspiracją, portretem myśli, uczuć. Dodaje odwagi, pozwala przedstawić światu każdy najskrytszy zakamarek duszy. Odnajduje drogę między dwoma zbieżnymi charakterami, jest w stanie stworzyć więź między tym co wydaje się nie do połączenia, staje się językiem uniwersalnym. Zbliża ludzi do siebie, tworzy wspólne wspomnienia. Jest  idealnym narzędziem do wykreowania własnej rzeczywistości. Stopniowo staje się nałogiem, cholernie przyjemnym, którego każda kolejna dawka coraz bardziej przenika człowieka, aby pozostać po sobie ślad na zawsze.