Tag Archives: społeczeństwo

„One good thing about music, when it hits you feel no pain”

9 Kwi

Ktoś ostatnio zapytał czym jest dla mnie muzyka. Odpowiedź wydaje się prosta, chociaż nigdy nie będzie w pełni kompletna. Jest uzależnieniem, od którego nie zamierzam się uwolnić. Łącznikiem między każdym elementem mojego życia. Dymem papierosowym unoszącym się leniwie nade mną w zatłoczonym barze, zapachem letnich wieczorów, tłem do długich rozmów i spotkań, skojarzeniem, symbolem chwili wartej zapamiętania. Tworzy cienką granicę oddzielającą mnie od rzeczywistości, pozwala oderwać się od świata kiedy tego potrzebuję.

A kiedy słyszysz ją  na żywo, działa jeszcze intensywniej, przejmuje niepostrzeżenie kontrolę. Staje się jednym z najprzyjemniejszych dreszczy, który przeszywa ciało, kiedy stoisz w chaosie tłumu. Serce z każdym dźwiękiem bije coraz mocniej. Krzyczysz by uwolnić emocje i upewnić się, że jeszcze tutaj jesteś, pogrążasz się w niej i wszystko dookoła na chwilę przestaje istnieć. Poświęcasz jej całą energię, świadomie poddajesz się. Zamykasz oczy by poczuć ją mocniej, nie przegapić ani sekundy. To jeden z najpiękniejszych rodzajów zatracenia.

Muzyka kształtuje w jakimś stopniu każdego z nas, pobudza wyobraźnię, wzrusza, zachwyca, jest niewyczerpalnym źródłem emocji. Jest terapią, skutecznym lekiem, rozrywką, pasją, modlitwą, inspiracją, portretem myśli, uczuć. Dodaje odwagi, pozwala przedstawić światu każdy najskrytszy zakamarek duszy. Odnajduje drogę między dwoma zbieżnymi charakterami, jest w stanie stworzyć więź między tym co wydaje się nie do połączenia, staje się językiem uniwersalnym. Zbliża ludzi do siebie, tworzy wspólne wspomnienia. Jest  idealnym narzędziem do wykreowania własnej rzeczywistości. Stopniowo staje się nałogiem, cholernie przyjemnym, którego każda kolejna dawka coraz bardziej przenika człowieka, aby pozostać po sobie ślad na zawsze.

Studia: hot or not?

26 Lu

To nie będzie kolejny genialny wpisy. To nie jest jeden z 25, poprzednich wpisów, z których każdy mógł/z których każdy odmienił Twoje życie. Oj nie. To tylko próba rozliczenia się z ostatnimi dwoma miesiącami mojego życia. To próba wyjścia na prostą, po tych kilkunastu wesołych tygodniach, zwanych sesją.

A tak na poważnie, to u po prawie trzech tygodniach ciszy na deli, czas najwyższy na coś co pozwoli odbić się od dna. Od czegoś, trzeba w końcu zacząć. Niech to będzie rewanż na sesji.

Ci, którzy chcieli byśmy znaleźli się tu gdzie jesteśmy, wmawiali nam, że studia rozwijają. W praktyce, jest wręcz na odwrót. Studia upadlają, studia niszczą, studia degenerują. 

Biorąc pod uwagę, że nieodłącznym elementem studiów jest sesja (szczególnie gdy mówimy o sesji ciągłej, której urok – jakby ktoś przypadkiem nie zrozumiał – polega na tym, że jest CIĄGŁA), to trzeba stanowczo zaprzeczyć tej kłamliwej teorii.

Przez ostatni miesiąc, może nie było tak, że nie miałem czasu na pisanie. Czas by się znalazł. Znalazł się na How i meta, znalazł się na Ligę Mistrzów, to znalazłby się na pisanie. Sęk w tym, że telewizja i komputer to jedyni przyjaciele człowieka, w którym zabito wszelką kreatywność. Przeglądałem gazety, słyszałem, o jakże istotnej z perspektywy absolutu sprawy Magdy (która rozbudził we mnie uczucie tęsknoty do Smoleńska, przy tym to był taki fajny, lajtowy i przyjemny temat ..), ale koniec końców nie miałem żadnych, ŻADNYCH przemyśleń.

Harnaś (1,99 zł polecam) i liga mistrzów, how i met, liga mistrzów, how i met, liga europejska. Tydzień w skrócie!

Żeby było gorzej, przez cały ten czas nie przeczytałem żadnej książki, chyba, że za lekturę uznać arcyciekawą – Logikę prawniczą, prof. dr. hab. Wojciecha Patryasa. Ja jednak obstaje, że książka opisująca rachunek predykatów i formułę rachunku zdań, książką w moim znaczeniu tego słowa, nie jest. 

Z filmów nominowanych do Oscara, udało mi się obejrzeć zaledwie cztery filmy, które co gorsza (raczej)  nie spełniły moich oczekiwań. Może to temat na inny artykuł, ale komu podobała się Żelazna Dama, niech podniesie rękę i dla swojego dobra zgłosi się do mojego terapeuty!

Mówią, że sesja ciągła jest cool. W praktyce wygląda to tak, że sesja ciągła jest ciągła i zabija powoli. Nadal mam wątpliwości, czy potrafiłbym to wszystko zdać w tydzień czy dwa, jak to ma miejsce na większości wydziałów w Polsce, ale to wcale nie jest tak cool jakby mogło się wydawać. To trochę jak praca w wolnym zawodzie – nikt nie ustala godzin twojej pracy i kończy się tak, że praca towarzyszy ci cały czas. Brakuje wyraźnych odgraniczeń, cezur czasowych.

W praktyce wygląda to tak, że następny egzamin mam za półtora miesiąca, a potem no to już maj, czerwiec – standard. Work is never done!

Niebywałą zaletą sesji ciągłej jest to, że opija też się ją ciągle. Ale doszły mnie słuchy, że jednym z wiernych czytelników jest mój rodziciel, więc tatę serdecznie pozdrawiam, a sam zręcznie przeskakuję na inne aspekty życia studenta 😉

Jeśli ktoś dalej podtrzymuje, że studia rozwijają, to musiałby zawitać do mojego pokoju. Sterty naczyń, brud, syf i latające ubrania. Co bardziej złośliwi, powiedzą, że to klasyczny opis stanu mojego pokoju. Dźwignę się jednak nad to i nie będę nawet wdawał się w dyskusję z ludźmi o tak podłym uosobieniu.

Podsumowując, sesja upadla. Czyni człowieka, podłą, podrzędną istotą wyprutą z wszelkich wyższych potrzeb. Jeść, spać, pić – to kompletny zbiór potrzeb studenta podczas sesji. Literatura, poezja, metafizyka, absolut, sens egzystencji – te błahe i codzienne przedmioty rozmyślań studenta w czasie wolnym, zostają zastąpione czysto podziemnymi, filisterskimi potrzebami pierwszego rzędu.

A za co Ty nie lubisz sesji? 😉

Buddyzm, czyli szansa

3 Lu

Jestem świadom, iż wiele osób z mojego otoczenia, może uważać, że moje zainteresowanie buddyzmem jest swego rodzaju pozą, lub też, że jest powierzchowne i wkrótce przeminie. Myślę też, że jednocześnie sam buddyzm brzmi bardzo egzotycznie i mało kto wie, o co w tym chociaż z grubsza chodzi. 

Na start was uspokoję – nie mam tutaj na celu nikogo indoktrynować czy coś w ten deseń – sam Budda Siakjamuni (ten pierwszy, oryginalny Budda) jest autorem takich słów:

 Żadna religia nie jest ważniejsza niż ludzkie szczęście.

Czy też tych wypowiedzianych tuż przed swoją śmiercią:

Nie wierzcie w jakiekolwiek przekazy tylko dlatego, że przez długi czas obowiązywały w wielu krajach. Nie wierzcie w coś tylko dlatego, że wielu ludzi od dawna to powtarza. Nie akceptujcie niczego tylko z tego powodu, że ktoś inny to powiedział, że popiera to swym autorytetem jakiś mędrzec albo kapłan, lub że jest to napisane w jakimś świętym piśmie. Nie wierzcie w coś tylko dlatego, że brzmi prawdopodobnie. Nie wierzcie w wizje lub wyobrażenia, które uważacie za zesłane przez boga. Miejcie zaufanie do tego, co uznaliście za prawdziwe po długim sprawdzaniu, do tego co przynosi powodzenie wam i innym.

Jasnym więc staję się, iż buddyzm nie ma nic wspólnego z jedyną słuszną wiarą, ani nawracaniem krwią i mieczem. Skąd więc fenomen buddyzmu?

XXI wiek to wiek, który może trochę przytłaczać jednostkę. Postępujący kapitalizm, wyścig szczurów, zanik podstawowych wartości, upadek religii i laicyzacja życia, powoduje, iż wielu z nas nie ma żadnego punktu odniesienia, a skutkiem tego, stajemy się samotni i wyalienowani. Takim punktem odniesienia, filozofią, która mogłaby uczynić nasze życie łatwiejszym, a nas samych skuteczniejszymi, wierzę, że jest buddyzm.

Jak już ustaliliśmy, sam buddyzm nie ma wiele wspólnego z religią teistyczną typu judaizm, islam czy chrześcijaństwo. Nie istnieje, żadna nadprzyrodzona istota, która mówi co wolno, a czego niewolno. Naturalną konsekwencją tego stanu rzeczy, jest fakt, iż nie ma też nikogo nad nami, kto mógłby decydować o naszym życiu. Jesteśmy panami swego życia i wszystko co spotyka nas w życiu wynika poniekąd z naszych wcześniejszych zachowań, myśli itp.

Oczywiście buddyzm wiążę się z pewnymi praktykami religijnymi – jak medytacje, które służą raczej doskonaleniu siebie samego, aniżeli wybłaganiu ciepłego zakątka w raju. Innym założeniem buddyzmu jest reinkarcja – w którą jednak nie trzeba wierzyć, żeby móc wyznawać samą filozofią buddyjską.

O słuszności mojej tezy (iż buddyzm może ‘uleczyć’ człowieka z różnego rodzaju lęków  typowych w dzisiejszych czasach), świadczyłoby zainteresowanie buddyzmem C.G. Junga – wybitnego psychologa, młodszego kolegi Zygmunta Freuda, owocem którego powstała książka „Psychologia, a religia wschodu”. Sam Jung dość trafnie skwitował, iż:

W chrześcijaństwie więcej się cierpi, w buddyzmie więcej się widzi i czyni.

Inna persona, która zainteresowała się buddyzmem to Erich Fromm – wybitny socjolog i filozof społeczny żydowskiego pochodzenia, autor „Ucieczki od wolności” czy „Mieć czy być”.

Na czym więc polega to odlotowe przesłanie buddyzmu? Z całą pewnością trudno to streścić w tak, krótkim artykule, ale od razu zaznaczę, że nie jest odlotowe, tylko jest. I jest niesamowicie skuteczne. Bowiem zamiast zmieniać skutki naszych uwarunkowań (przeciwnie jak religie wyrosłe w naszej kulturze – które poprzez system nakazów i zakazów zmieniają tylko nasze zewnętrzne zachowanie, a co gorsza wcale nie zakładają, iż uczyni nas to szczęśliwszymi tu i teraz), zmieniają po prostu nas od wewnątrz.

W książce innego znanego psychiatry Howarda C. Cutlera pt. „Sztuka szczęścia”, która zawiera wyciąg z nauczania Dalajlamy padają słowa:

„Dobrze jest więc przed podjęciem każdej decyzji zapytać samego siebie: ‘Czy to da mi szczęście?’ To proste pytanie może stać się doskonałym narzędziem, które pomoże nam mądrze postępować we wszystkich sferach życia, a nie tylko podejmować decyzję czy brać narkotyki czy zjeść trzeci kawałek tortu bananowego. Rzuca ono całkiem nowe światło na nasze życie. Podejmowanie codziennych decyzji w oparciu o to pytanie sprawia, że nie skupiamy się na tym czego sobie odmawiamy, lecz czego szukamy – na ostatecznym szczęściu. Taki rodzaj szczęścia jest stabilny i trwały”

I tyle. Każde nasze działanie ma być zdeterminowane przez to, żeby potęgować szczęście, swoje i otoczenia. Jeśli masz zamiar zrobić awanturę na PKP, jeśli chcesz zwyzywać strażniczkę miejską, za to, że dała Ci mandat (pozdrawiam serdecznie!), to uświadom sobie, że ani to nie poprawi Twojego nastroju, ani tym bardziej ludzi na których się wyżywałeś.

Ktoś kto wyćwiczy w sobie nawyk bycia pogodnym, ktoś kto odmówi sobie wiecznego krytykowania i narzekania, ktoś kto zamiast siać negatywne uczucia, będzie potęgował dobre nastroje innych jest na dobrej drodze by prowadzić szczęśliwe, poukładane życie.

W buddyzmie w żadnym wypadku nie chodzi o to czego Ci wolno, albo tego czego Ci nie wolno. Nie może o to chodzić – bo nie ma na świecie nikogo takiego, kto ma prawo to bezwarunkowo orzekać. To Ty jesteś swoim panem. Jeśli uważasz, że jakieś zachowanie, które w gruncie rzeczy jest szkodliwe, Tobie służy – to pięknie. Być może pewnego dnia, obudzisz się i sam zrozumiesz, że jest na odwrót – wtedy o ile będziesz wystarczająco silny, zmienisz to. Jeśli pewnego dnia się po prostu nie obudzisz – prawo karmy jest bezwzględne.

Bowiem jak powiedział wspomniany już Budda Siakjamuni:

Nie ma żadnej drogi do szczęścia. To szczęście jest drogą.

Buddyzm uczy bowiem jeszcze jednej rzeczy – wszystko jest oparte na prawie przyczyny i skutku. Jeśli nie zdałeś egzaminu, jeśli dostałeś mandat, jeśli nie wychodzi Ci w związku – szukaj na początku przyczyny w sobie. Oczywiście nie chodzi tutaj o to, żeby się obwiniać – tylko, o to, żeby zauważyć związek pomiędzy własnym zachowaniem, a skutkiem. Dopiero wtedy, gdy przestaniemy obwiniać cały świat, za skutki naszego zachowania – staniemy się odpowiedzialni za samego siebie, zyskamy bezgraniczną wolność.

Oczywiście buddyzm – to zjawisko (mówię – zjawisko, bowiem, to swoiste połączenie doktryny religijnej, filozoficznej i psychologicznej), które doczekało się setek publikacji i setek opracowań. Zapewne, każde z nich zdecydowanie lepiej wyjaśni wam o co w buddyzmie chodzi, a o co nie. Dlatego kończę ten już przydługawy artykuł, którego celem miało być tylko zasygnalizowanie, iż coś takiego istnieje i jest dla ludzi – tutaj w Europie. Jeśli kogoś chociaż w jakimś stopniu zdołałem zainteresować tematem tego artykułu, to odsyłam do lektury.

Zaznaczę jeszcze, iż nie jest to droga dla każdego, jak żadna religia. Buddyzm to nie jest bowiem szkoła, w której powiedzą Ci, zrób to i to, przysiądź tyle i tyle, a zdasz egzaminy i dostaniesz się na najlepsze studia. To raczej kwintesencja wolności, gdzie jeśli chcesz się samodoskonalić i jesteś gotów sam włożyć wysiłek w ten proces, a więc bliska Ci jest samodyscyplina i poczucie odpowiedzialności za siebie, to wskażę Ci się drogę – jak to wykorzystasz, to już Twoja sprawa.

Budda i miłość – Ole Nydal

Bungee mądrości – Ole Nydal

Sztuka szczęścia – Howard C. Cutler

Dwie pierwsze książki zostały napisane przez jedynego europejskiego lamę – Ole Nydala, któremu Buddyzm Diamentowej Drogi zawdzięcza przeniesienie nauk Buddy na grunt europejski. Niegdyś heroinista i hippis, dzisiaj nauczyciel duchowy, żonaty, choć jak sam otwarcie przyznaję, w raz z żoną żyją w „poszerzonym związku”. Trzecia przez wspominanego już amerykańskiego psychiatrę.

Odradzam natomiast lekturę Ericha Fromma pt. „Psychoanaliza, a buddyzm zen” – to raczej wyższy, nie interesujący nas tu poziom abstrakcji.

O pozytywnych skutkach ACTAgate

30 Sty

Abstrahując od tego, iż moje stanowisko co do ACTY jest raczej bliższe kolegi po fachu – http://lenkowski.na.liberte.pl/o-acta-inaczej/ . To koniec końców, uważam, że całe to zamieszanie ma również pozytywne skutki.

Po pierwsze Polacy udowodnili, iż nie są bierni, mierni i wierni, tylko, że jeśli coś budzi ich sprzeciw (nie rozstrzygając czy słusznie czy nie) to są gotowi wyjść na ulice i dać temu sprzeciw. Może Polska demokracja nie jest jeszcze najdojrzalsza, ale sam fakt, iż potrafimy korzystać z praw, które nam przysługują, świadczą, że społeczeństwo obywatelskie obywatelskim potrafi być.

Po drugie, mimo, iż sytuacja w Polsce do niedawna najlepiej ilustrowała ta satyra:

To wszystko zdaje się zmieniać. Mnie już od dawna tuskowa ferajna nie bawiła – nie bawił mnie Tusk z cynicznym uśmiechem, irytował Sikorski jadący buldożerem na PKiN i oddający suwerenność w Berlinie. A już zupełnie zbulwersowały mnie poczynania Arłukowicza w Służbie Zdrowia.  Ze zdumieniem przecierałem oczy na widok kolejnego sondażu, który głosił, że cokolwiek by się nie działo to Platforma ma swoje 40%.

Za wycieranie sobie buzi ‚liberalizmem’, który okazał się tylko kolejnym pustym, sloganem Platformie nie należy się moje poparcie.

Nie będę tutaj specjalnie rozwodził się nad tym, iż to media wmówiły naszemu społeczeństwu, że taki jeden to jest zły, zacofany, ma zapędy totalitarne, a drugi to taki przyjemniaczek, liberał i w ogóle sex&drugs&rock&roll. Wszyscy przecież widzimy, że pewne cechy dla tych panów są wspólne, tyleże jeden padł ofiarą demonizacji ze stroną mediów, a drugi heroizacji. 

Całe szczęście zamieszanie w okół ACTY może okazać się gwoździem do trumny tuskowego rządu. I mimo, iż nie mam pojęcia kto w tym kraju może sprawować władzę, to tymczasowa anarchia może uświadomi potencjalnym i obecnym, że ich obowiązkiem jest robić coś więcej, aniżeli ładnie się uśmiechać i kupić sobie media.

Oczywiście Donald Tusk teraz próbuje się ze wszystkiego wywinąć (co jest dla niego dość typowe), ale ja mam nadzieję, że Polacy już pewne rzeczy o Platformie zrozumieli i cokolwiek się wydarzy, nie poprą ich w przyszłych wyborach. Trzeba dać im nauczkę.

Podsumowując – ACTA sama w sobie może powodować pewne kontrowersje, niemniej, każdy kto chce się na jej temat wypowiadać, mógłby przeczytać samą treść ustawy, a nie wrzucać kolejne zdjęcia „nie dla acta” na swojego face’a. Abstrahując od tego, która strona ma rację (bo nadal wolałbym się trochę do tej kwestii zdystansować) to zamieszanie, które wywołała ma w moim odczuciu pozytywny skutek – jest katalizatorem pewnych zmian politycznych. PO kompromituje się już od dłuższego czasu i jeśli w wyniku ACTAgate, Polacy powiedzą „nie” Donaldowi, to całe to zamieszanie jest warte tego. Po trzecie wyjście na ulice, pozwala mi wierzyć, iż z kondycją naszej demokracji nie jest tak źle i że jeśli będzie istniało jakieś realne (?) zagrożenie dla naszego państwa, to są tutaj ludzie, którzy wyjdą na ulicę i powiedzą „nie”. 

PS: Zachęcam do oceniania newsów, za pomocą gwiazdeczek – w końcu musimy mieć jakieś kryterium, kto ile zgarnia z comiesięcznych wpływów na nasze szwajcarskie konta. Miłego dnia!