Tag Archives: buddyzm

Buddyzm, czyli szansa

3 Lu

Jestem świadom, iż wiele osób z mojego otoczenia, może uważać, że moje zainteresowanie buddyzmem jest swego rodzaju pozą, lub też, że jest powierzchowne i wkrótce przeminie. Myślę też, że jednocześnie sam buddyzm brzmi bardzo egzotycznie i mało kto wie, o co w tym chociaż z grubsza chodzi. 

Na start was uspokoję – nie mam tutaj na celu nikogo indoktrynować czy coś w ten deseń – sam Budda Siakjamuni (ten pierwszy, oryginalny Budda) jest autorem takich słów:

 Żadna religia nie jest ważniejsza niż ludzkie szczęście.

Czy też tych wypowiedzianych tuż przed swoją śmiercią:

Nie wierzcie w jakiekolwiek przekazy tylko dlatego, że przez długi czas obowiązywały w wielu krajach. Nie wierzcie w coś tylko dlatego, że wielu ludzi od dawna to powtarza. Nie akceptujcie niczego tylko z tego powodu, że ktoś inny to powiedział, że popiera to swym autorytetem jakiś mędrzec albo kapłan, lub że jest to napisane w jakimś świętym piśmie. Nie wierzcie w coś tylko dlatego, że brzmi prawdopodobnie. Nie wierzcie w wizje lub wyobrażenia, które uważacie za zesłane przez boga. Miejcie zaufanie do tego, co uznaliście za prawdziwe po długim sprawdzaniu, do tego co przynosi powodzenie wam i innym.

Jasnym więc staję się, iż buddyzm nie ma nic wspólnego z jedyną słuszną wiarą, ani nawracaniem krwią i mieczem. Skąd więc fenomen buddyzmu?

XXI wiek to wiek, który może trochę przytłaczać jednostkę. Postępujący kapitalizm, wyścig szczurów, zanik podstawowych wartości, upadek religii i laicyzacja życia, powoduje, iż wielu z nas nie ma żadnego punktu odniesienia, a skutkiem tego, stajemy się samotni i wyalienowani. Takim punktem odniesienia, filozofią, która mogłaby uczynić nasze życie łatwiejszym, a nas samych skuteczniejszymi, wierzę, że jest buddyzm.

Jak już ustaliliśmy, sam buddyzm nie ma wiele wspólnego z religią teistyczną typu judaizm, islam czy chrześcijaństwo. Nie istnieje, żadna nadprzyrodzona istota, która mówi co wolno, a czego niewolno. Naturalną konsekwencją tego stanu rzeczy, jest fakt, iż nie ma też nikogo nad nami, kto mógłby decydować o naszym życiu. Jesteśmy panami swego życia i wszystko co spotyka nas w życiu wynika poniekąd z naszych wcześniejszych zachowań, myśli itp.

Oczywiście buddyzm wiążę się z pewnymi praktykami religijnymi – jak medytacje, które służą raczej doskonaleniu siebie samego, aniżeli wybłaganiu ciepłego zakątka w raju. Innym założeniem buddyzmu jest reinkarcja – w którą jednak nie trzeba wierzyć, żeby móc wyznawać samą filozofią buddyjską.

O słuszności mojej tezy (iż buddyzm może ‘uleczyć’ człowieka z różnego rodzaju lęków  typowych w dzisiejszych czasach), świadczyłoby zainteresowanie buddyzmem C.G. Junga – wybitnego psychologa, młodszego kolegi Zygmunta Freuda, owocem którego powstała książka „Psychologia, a religia wschodu”. Sam Jung dość trafnie skwitował, iż:

W chrześcijaństwie więcej się cierpi, w buddyzmie więcej się widzi i czyni.

Inna persona, która zainteresowała się buddyzmem to Erich Fromm – wybitny socjolog i filozof społeczny żydowskiego pochodzenia, autor „Ucieczki od wolności” czy „Mieć czy być”.

Na czym więc polega to odlotowe przesłanie buddyzmu? Z całą pewnością trudno to streścić w tak, krótkim artykule, ale od razu zaznaczę, że nie jest odlotowe, tylko jest. I jest niesamowicie skuteczne. Bowiem zamiast zmieniać skutki naszych uwarunkowań (przeciwnie jak religie wyrosłe w naszej kulturze – które poprzez system nakazów i zakazów zmieniają tylko nasze zewnętrzne zachowanie, a co gorsza wcale nie zakładają, iż uczyni nas to szczęśliwszymi tu i teraz), zmieniają po prostu nas od wewnątrz.

W książce innego znanego psychiatry Howarda C. Cutlera pt. „Sztuka szczęścia”, która zawiera wyciąg z nauczania Dalajlamy padają słowa:

„Dobrze jest więc przed podjęciem każdej decyzji zapytać samego siebie: ‘Czy to da mi szczęście?’ To proste pytanie może stać się doskonałym narzędziem, które pomoże nam mądrze postępować we wszystkich sferach życia, a nie tylko podejmować decyzję czy brać narkotyki czy zjeść trzeci kawałek tortu bananowego. Rzuca ono całkiem nowe światło na nasze życie. Podejmowanie codziennych decyzji w oparciu o to pytanie sprawia, że nie skupiamy się na tym czego sobie odmawiamy, lecz czego szukamy – na ostatecznym szczęściu. Taki rodzaj szczęścia jest stabilny i trwały”

I tyle. Każde nasze działanie ma być zdeterminowane przez to, żeby potęgować szczęście, swoje i otoczenia. Jeśli masz zamiar zrobić awanturę na PKP, jeśli chcesz zwyzywać strażniczkę miejską, za to, że dała Ci mandat (pozdrawiam serdecznie!), to uświadom sobie, że ani to nie poprawi Twojego nastroju, ani tym bardziej ludzi na których się wyżywałeś.

Ktoś kto wyćwiczy w sobie nawyk bycia pogodnym, ktoś kto odmówi sobie wiecznego krytykowania i narzekania, ktoś kto zamiast siać negatywne uczucia, będzie potęgował dobre nastroje innych jest na dobrej drodze by prowadzić szczęśliwe, poukładane życie.

W buddyzmie w żadnym wypadku nie chodzi o to czego Ci wolno, albo tego czego Ci nie wolno. Nie może o to chodzić – bo nie ma na świecie nikogo takiego, kto ma prawo to bezwarunkowo orzekać. To Ty jesteś swoim panem. Jeśli uważasz, że jakieś zachowanie, które w gruncie rzeczy jest szkodliwe, Tobie służy – to pięknie. Być może pewnego dnia, obudzisz się i sam zrozumiesz, że jest na odwrót – wtedy o ile będziesz wystarczająco silny, zmienisz to. Jeśli pewnego dnia się po prostu nie obudzisz – prawo karmy jest bezwzględne.

Bowiem jak powiedział wspomniany już Budda Siakjamuni:

Nie ma żadnej drogi do szczęścia. To szczęście jest drogą.

Buddyzm uczy bowiem jeszcze jednej rzeczy – wszystko jest oparte na prawie przyczyny i skutku. Jeśli nie zdałeś egzaminu, jeśli dostałeś mandat, jeśli nie wychodzi Ci w związku – szukaj na początku przyczyny w sobie. Oczywiście nie chodzi tutaj o to, żeby się obwiniać – tylko, o to, żeby zauważyć związek pomiędzy własnym zachowaniem, a skutkiem. Dopiero wtedy, gdy przestaniemy obwiniać cały świat, za skutki naszego zachowania – staniemy się odpowiedzialni za samego siebie, zyskamy bezgraniczną wolność.

Oczywiście buddyzm – to zjawisko (mówię – zjawisko, bowiem, to swoiste połączenie doktryny religijnej, filozoficznej i psychologicznej), które doczekało się setek publikacji i setek opracowań. Zapewne, każde z nich zdecydowanie lepiej wyjaśni wam o co w buddyzmie chodzi, a o co nie. Dlatego kończę ten już przydługawy artykuł, którego celem miało być tylko zasygnalizowanie, iż coś takiego istnieje i jest dla ludzi – tutaj w Europie. Jeśli kogoś chociaż w jakimś stopniu zdołałem zainteresować tematem tego artykułu, to odsyłam do lektury.

Zaznaczę jeszcze, iż nie jest to droga dla każdego, jak żadna religia. Buddyzm to nie jest bowiem szkoła, w której powiedzą Ci, zrób to i to, przysiądź tyle i tyle, a zdasz egzaminy i dostaniesz się na najlepsze studia. To raczej kwintesencja wolności, gdzie jeśli chcesz się samodoskonalić i jesteś gotów sam włożyć wysiłek w ten proces, a więc bliska Ci jest samodyscyplina i poczucie odpowiedzialności za siebie, to wskażę Ci się drogę – jak to wykorzystasz, to już Twoja sprawa.

Budda i miłość – Ole Nydal

Bungee mądrości – Ole Nydal

Sztuka szczęścia – Howard C. Cutler

Dwie pierwsze książki zostały napisane przez jedynego europejskiego lamę – Ole Nydala, któremu Buddyzm Diamentowej Drogi zawdzięcza przeniesienie nauk Buddy na grunt europejski. Niegdyś heroinista i hippis, dzisiaj nauczyciel duchowy, żonaty, choć jak sam otwarcie przyznaję, w raz z żoną żyją w „poszerzonym związku”. Trzecia przez wspominanego już amerykańskiego psychiatrę.

Odradzam natomiast lekturę Ericha Fromma pt. „Psychoanaliza, a buddyzm zen” – to raczej wyższy, nie interesujący nas tu poziom abstrakcji.