Dobry Tusk – Tusk na dnie

21 Mar

Gdy niespełna dwa miesiące temu, pisałem o pozytywnych skutkach zamieszania w okół ACTA przewidując, iż będzie to gwóźdź do trumny rządu Tuska, zabrakło mi intuicji politycznej. Stało się zupełnie na odwrót. Partia, która przez pierwsze cztery lata swoich rządów, dbała raczej o PR, zamiast reformować państwo, potrzebowała tego, żeby ruszyć do działania. Upadek na twardy polityczny beton, uświadomił Tuskowi i jego świcie, że w zaistniałej sytuacji – nie mają już nic do stracenia. 

Przypomnijmy, że Platforma swoją drugą kadencję rozpoczęła, od kilku mocnych uderzeń. W pierwszej kolejności wplątali się w konflikt z ludźmi starszymi i schorowanymi – głupkowatą i niezwykle szkodliwą ustawą o zmianie refundacji leków.

Potem z gracją słonia, wkopali się w ACTA i zadarli z największą i najgroźniejszą grupą społeczną w Polsce – internautami.

I tak w kilkanaście tygodni ekipa plaformiastych z ulubieńców mediów i postępowej, niezaściankowej (broń boże!) oraz liberalnej społeczności polskiej, stała się wrogiem publicznym numer jeden.

A, że niżej niż na dno upaść się nie da – pojawiła się szansa na przeprowadzenie konkretnych reform. 

Można by powiedzieć, że na zasadzie „a co mi tam” PO wyszła z propozycją zastąpienia funduszu kościelnego, dobrowolnym przekazaniem marginalnej części podatku na wybrany związek wyznaniowy.

Choć wydawałoby się, że takie posunięcie, ostatecznie i nieodwołalnie pogrąży ekipę Tuska – paradoksalnie zadarcie z największym związkiem wyznaniowym w Polsce, może wyjść im na dobre. Powszechnie powtarzana statystyka, iż dziewięćdziesiąt parę procent Polaków jest katolikami, nie brzmi co prawda dla rządu optymistycznie, ale …

Uwzględniając sondaż, zgodnie z którym tylko 39% Polaków chciałoby przekazać pieniądze na kościół – wygląda to już wszystko inaczej. Jak to w ogóle możliwe, że w kraju, które mieni się ostoją katolicyzmu, tylko tyle osób przekazałoby śmieszne 0,3% na kościół katolicki?

Po pierwsze – poza głównym nurtem Polaków-katolików, w Polsce ma się dobrze ruch antyklerykalny. Jest głośny i zmobilizowany. Po drugie nurt Polaków-katolików nie jest wcale tak wielki, jak powtarzają to duchowni kościelni. Na pewno nie ma to nic wspólnego z 90%. Po trzecie Polacy-katolicy to nadal Polacy. A Polak lubi mieć wszystko za darmo.

Rozwiązanie to, wzorowane na modelu niemieckim, nie potrzebuje specjalnej argumentacji. Jest to po prostu kwestia uczciwości i przyzwoitości. W ostatecznym rozrachunku, obu stronom – za równo państwu jak i kościołowi, powinno zależeć, żeby kwestie finansowe były jasne i przejrzyste. Żyjemy przecież w XXI wieku!

W międzyczasie, wypłynął projekt ustawy emerytalnej. Projekt ten, ma wielu zaciekłych wrogów, ale zaznaczmy, że każda propozycja zmian dotycząca systemu emerytalnego, byłaby kontrowersyjna. Polityka to nie rurki z kremem i czasem (a może i częściej, niż czasem) należy dokonywać niepopularnych reform. Rok 2012 to ostatni moment na reformy, które zapobiegną załamaniu się systemu emerytalnego – zarówno tu, jak i w całej Europie.

Zrównanie ustawowego wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn, zdaje się o tyle sprawiedliwe, że uwzględniając jeszcze obowiązujące granice i średnią wieku życia obu płci, mężczyznom na emeryturze pozostaje 3 lata, a kobietom 18 lat życia. Poza tym w dobie równouprawnienia, należy dążyć do RÓWNOUPRAWNIENIA, a nie uprzywilejowania jednej ze płci.

Podsumowując, ciężkie miesiące rządu Tuska spowodowane najpierw – nicnieróbstwem, a potem dość niefortunnymi decyzjami, spowodowały, że Tusk nie ma już nic do stracenia. Przystąpił do działania i mimo, że jego rząd chce przeprowadzić reformy trudne i niepopularne, to ma moje wsparcie. Polska boryka się z szeregiem realnych problemów i po czterech latach spoglądania na słupki poparcia, czas już najwyższy, żeby ktoś zaczął je rozwiązywać.

What a shame, czyli bezwstydne Oscary 2012

12 Mar

Zaledwie parę dni temu, straciłem odzyskałem wolność i powróciłem do cyfrowego świata. Sesja chwilowo odeszła w zapomnienie, a ja zdążyłem mniej więcej zapoznać się z filmami, które zgarnęły statuetki tegorocznych Oscarów i z takimi, które ich nie dostały.

Trudno bowiem wytłumaczyć choćby to, czym kierowała się Akademia doceniając pięcioma statuetkami „Artystę”. Niewątpliwie jest to obraz nowatorski, o ciekawej (ale koniec końców nieskomplikowanej) fabule. Pierwsza myśl po obejrzeniu – milusio i przyjemnie, pewnie nie było nic mocnego w tym roku, stąd sukces „Artysty”.

Myliłem się (chciałoby się dodać: jak nigdy). A jeszcze bardziej pomyliła się Akademia nie doceniając „Wstydu” Steve’a McQueena. Obrazu przeraźliwie mocnego. Nie chcę powtarzać tego, co na wielu blogach zostało już dość wyraźnie powiedziane w ubiegłych tygodniach, ale zaznaczę, iż Michael Fassbender (który wcielił się w główną rolę – rolę seksoholika) wzniósł się na poziom nieosiągalny dla większości kolegów po fachu. Nigdy nie widziałem bardziej przekonywującej kreacji, nigdy nie widziałem tak autentycznego smutku w oczach aktora, tak rzeczywistego zagubienia i poczucia bezsilności. Fassbender tą rolą zapisał się w historii filmu. Gra aktorska to nie jest bynajmniej jedyny mocny punkt tego obrazu. „Wstyd” oddziałuje na tyle silnie, że podczas kluczowej sceny obraz w Multikinie zgasł na kilkadziesiąt sekund. Moc przekazu potęguję świetnie dopasowany soundtrack. Mała próbka:

Paradoksalnie tematyka, poruszona przez McQueena, zamiast przyczynić się do spektakularnego sukcesu, ostatecznie film pogrążyła. Jak bowiem wytłumaczyć fakt, iż przejmujący, druzgocący „Wstyd” z wschodzącym bogiem kina, świetną muzyka, nie został uhonorowany choć jedną statuetką? Z wytłumaczeniem śpieszą nam redaktorzy gazety.pl – http://kultura.gazeta.pl/kultura/1,114438,11225461,To_oni_przyznaja_Oscary__Srednia_wieku_ponad_60_lat_.html . W skrócie – nie wiadomo kim są członkowie akademii, ale jest ich niespełna sześć tysięcy i ich średnia wieku wynosi ponad 60 lat. Są biali (94%) i są mężczyznami (77%). Niezła paczka.

W tamtym roku, w ten sam sposób wytłumaczono zwycięstwo „Jak zostać królem?” nad „Social Network”. I o ile z tamtym werdyktem potrafiłem się zgodzić, to z głównymi rozstrzygnięciami Oscarów 2012 już nie potrafię.

Idąc dalej – wcale nie jest lepiej. „Spadkobiercy” obraz uhonorowany za najlepszy scenariusz adoptowany, jest filmem wybitnie przeciętnym, żeby nie powiedzieć słabym. George Clooney może i nadaje się do gry drobnych cwaniaczków czy podrywaczy, ale odgrywanie opuszczonego męża śmiertelnie chorej żony, dla jego naciąganej botoksem twarzy to trochę za wiele.

Meryl Streep świetnie zagrała „Żelazną Damę” i zapewne tutaj, statuetka jest uzasadniona. Jednak sama koncepcja obrazu P.Lloyda była dla mnie totalnie niezrozumiała. Tak barwna postać nie powinna sprawić większych problemów przy budowaniu scenariusza filmu biograficznego, tymczasem reżyser zamiast skupić się na Żelaznej Damie w jej czynnym politycznie okresie, wolał pokazać ją jako schorowaną schizofreniczkę. Co kto lubi.

Gdyby tutaj mój artykuł się kończył wyszłoby jak zwykle – wszystko jest złe, beznadziejne i niegodne polecenia. Przypuszczalnie sam tytuł artykułu musiałby być bardziej jednoznaczny (może coś w deseń: Strasznie słabo, niesamowicie źle – czyli Oscary 2012). Nie będę jednak taki i wspomnę o pozytywach. A parę ich jest.

W pierwszej kolejności muszę pochwalić „Hugo i jego wynalazki” Martina Scorsese. Postanowiłem obejrzeć ten film tylko na potrzeby tego artykułu i nie żałuję. Nie widziałem wielu takich obrazów, ale myślę, że nie trzeba być znawcą, żeby polecić ten film, każdemu kto choć w jakimś stopniu lubi baśniowe klimaty a la Dickens. „Hugo” to wspaniała opowieść o przyjaźni, o dążeniu do celu, realizowaniu swoich marzeń, o ludzkich upadkach i o wszystkim co taka historia powinna poruszać. Wszystkie statuetki jak najbardziej uzasadnione – ewentualnie (co żeby być konsekwentnym w moim uwielbieniu dla obrazu McQueena) odebrałbym Oscara za dźwięk na rzecz „Wstydu”.

Innym baśniowym obrazem było „O północy w Paryżu” Woody’ego Allena. Film ten na ogół albo zachwyca albo spływa po odbiorcy. Jeśli miałbym się ustosunkować, byłbym raczej w pierwszej grupie. Po pierwsze wyznaję zasadę, że każdy film osadzony w Paryżu jest dobry z założenia. Po drugie to była taka typowa allenowska nowelka – w prosty sposób, który zrozumie każdy nawet najmniej kumaty odbiorca, wyłożył pewną prawdę o życiu. 

Poza tym, trzeba przyznać, że na bardzo wysokim poziomie stała rywalizacja w kategorii: najlepszy film nieanglojęzyczny. Agnieszka Holland musiała uznać wyższość „Rozstania” A. Farhadiego nad „W ciemności”.  Które również chwalę i polecam wszystkim spragnionym dobrego, poruszającego kina.

Dla fanów kina europejskiego, dodatkowym smaczkiem jest nagroda dla Christophera Plummera za rolę drugoplanową w „Debiutantach”. To wspaniała opowieść Mike Millisa o 75 letnim mężczyźnie, który postanawia wyjawić synowi (Ewan McGregor), że jest homoseksualistą. To wszystko umożliwi synowi i ojcu naprawienie swoich relacji i wzajemne poznanie. Sam wątek homoseksualny nie jest nachalny, ani naciągany – obraz w dość zgrabny sposób przedstawia historię, która ostatecznie pewnie gdzieś miała miejsce. Co ciekawe Christopher Plummer otrzymując statuetkę w wieku 82 lat stał się najstarszym laureatem Oscara. Podsumowując, kto nie widział, ten zaraz po „Wstydzie” i „Rozstaniu” ma coś do nadrobienia.

Innym godnym uwagi faktem jest uhonorowanie Octavii Spencer za drugoplanową rolę w ekranizacji głośniej powieści o tym samym tytule – „Służących” T. Taylora . Film porusza problem rasizmu w stanie Missisipi w latach 60.

Podsumowując – prawdopodobnie gdyby nie sukces „Artysty” kosztem „Wstydu”, ten artykuł miałby zupełnie inny wydźwięk. Oscarami (nawet jeśli w mniej istotnych kategoriach) zostały uhonorowane dobre obrazy jak „Hugo i jego wynalazki”, „O północy w Paryżu”, „Rozstanie” i aktorzy z „Debiutantów” i „Służących”. Mimo wszystko mam wrażenie, że tegoroczne nagrody dość mocno zmanipulują rynkiem filmowym. Swoimi rozstrzygnięciami przyczynią się do sukcesu tak kiczowatej produkcji jak „Spadkobiercy” albo takich przeciętniaków, jak „Żelazna dama”. Z kolei brak nagrody dla „Wstydu” to werdykt krzywdzący Steve’a McQueena i Michaela Fassbendera. Co do tego ostatniego nie mam jednak wątpliwości, że Michael powróci jeszcze w wielu obrazach i zapracuje sobie na niejedną statuetkę, a w rezultacie stanie się jednym z najwybitniejszych aktorów w historii kinematografii.

Uwagi cynika

8 Mar

Edit: Być może przeceniłem prędkość z jaką kampania ta się rozkręca więc jeśli czytając ten artykuł nie masz pojęcia czego on dotyczy odsyłam do obejrzenia tego oto filmiku:

Często bywa tak, że pogoda która jest u mnie za oknem, pare dni później pojawia się w Polsce. Jak u mnie jest ciepło to uprzedzam znajomych, że za parę dni bedzię cieplej. Mieszkam w Wielkiej Brytanii. Ten trend nie dotyczy jedynie pogody. Z zachodu do Polski trafia wiele rzeczy, od ciuchów i mody począwszy, poprzez muzykę i kino po wszystko inne. W tym i tak zwane ‚viral videos’.

Kiedy piszę te słowa, krótki filmik noszący tytuł KONY 2012, z tego co mi wiadomo w Polsce nie zdobył jeszcze popularności. Pisząc te słowa kieruję się instynktem, który mówi mi, że już niedługo ten film i ta kampania zdobędzie ogromną, wręcz niesamowitą popularność w Polsce. Kolejne ACTA czy Gotye. Jeśli macie konto na fejsbuku przygotujcie się na zmasowany atak pseudoaktywistów i ludzi korzystających z chwili aby pokazać sie w jak najlepszym świetle. Jacy wy kurwa jesteście śmieszni.

Powininem zapewne wytłumaczyć o czym mówię, ale nie jestem pewien czy jest sens abym tracił czas i marnował energię, wydaję mi się, że zanim opublikuje ten materiał, wszyscy już bedą wiedzieć o czym mówię. Brzmię jak jakiś hipster…no cóż.

Do rzeczy. Po pierwsze pisząc te słowa nie mam na celu obrażanie czy też potępianie kogolwiek. Tym bardziej nie jestem przeciwny tej akcji, mam jedynie kilka zastrzeżeń.

Wydaję mi się, iż większość ludzi, która film ten obejrzy i/albo rozpowszechni w jakikolwiek sposób zrobi to z w/w powodów. W gruncie rzeczy nie bedą mieli zielonego pojęcia za czym tak naprawdę się opowiadają. Oglądając ten film słyszą tylko ‚zbrodnia’, ‚ludobójstwo’, ‚pomoc’ itd.

Słyszą to co chcą słyszeć. Oczywiście o fragmentach, w których grupa Invisible Children (odpowiedzialna za popełnienie tego filmiku) mówi o ich pomysłach na rozwiązanie problemu dzieci żołnierzy w Ugandzie jakoś zapominają.

Pragnę podkreślić, że w żaden sposób nie próbuję bronić Kony’ego. Zmuszony jestem jednak przyjąć posadę adwokata diabła. Nie krytykuję celu jaki postawili sobie ludzie z grupy IC lecz sposób jego osiągniecia. Powiedzienie ‚po trupach do celu’ pasuje tu idealnie. Po pierwsze, jeśli ktoś zadałby sobie odrobinę trudu, dowiedziałby się, że grupa IC tylko w zeszłym roku wydała aż $8,676,614. Z tego jedynie 32% na cele dobroczynne, reszta pokrywała koszta podróży, wypłatę (sic!) czy też koszta produkcji filmów. Organizacja Charity Navigator zajmująca się kontrolą i oceną grup charytatywnych w USA, oceniła IC na 2/4. To w ramach samej grupy.

Ich pomysł polega na fundowaniu rządowych jednostek militarnych Ugandy oraz innych krajów, które są przeciwne Kony’emu. Kto mieczem wojuje ten od miecza ginie? Cóż. Wystarczy trochę poszperać i znajdziemy zdjęcie założyciela IC pozującego do zdjęcia z żołnierzami z Sudanu. Z czego słyną ci żołnierze? Otóż z gwałtów i pustoszenia, zdobyczy wojennych itp.

Panowie z IC bronią armii Sudanu mówiąc, iż jest to ‚najlepiej wyposażona’ grupa spośród dotkniętych tym konfilktem krajów. Co więcej, udało mi się też doczytać, że Kony nie był i nie jest aktywny na terenie Ugandy od 2006 (jest to jednak nie potwierdzona informacja).

Co więcej, istnieją też informacje na temat udziału USA w całej tej sprawie. Otóż były przeprowadzone misje mające na celu zlikwidowanie Kony’ego. Zakończyły się oczywiście fiaskiem i śmiercią wielu dzieci. Po tych nieudanych próbach likwidacji Kony’ego, on sam odpowiadał jak mógł, czyli robił to co zawsze tylko więcej. Kiedy już wiedział, że na niego polują zmienił taktykę, zaczął uciekać, zmądrzał. Jaki był cel całej tej akcji? Ach tak, ratowanie dzieci. Wiedząc o tym wszystkim, grupa IC dalej uważa, że rozwiązanie siłowe (prowadzące do śmierci większej ilości osób i większej ilości porwań) jest idealnym rozwiązaniem. Klapki na oczy i idziemy. Od kiedy to usunięcie dyktatora rozwiązuje wszystkie problemy? (patrz Hussein, Bin Laden itp.) Polowanie na Kony’ego musiało by objąć kilka krajów tak więc wojna na wschodzie przeistacza się w wojnę w Afryce. Jak widać Amerykanie nie potrafią wyciągać wniosków.

Mam jeszczę kilka zastrzeżeń co do samej konstrukcji materiału filmowego, który bądź co bądź jest głównym (póki co) elementem kampanii. Używanie swojego dziecka, osobiście wydaję mi się pewnego rodzaju manipulacją i graniem na uczuciach widzów. Teoretycznie pomaga to sprawie ale czy jest to konieczne? Gdyby jeszcze chociaż ten dzieciak nie stanowił lwiej części materiału…

Oprócz młodego Jacoba, nikt tak naprawdę nie wypowiada się za mieszkańców Ugandy. Skąd więc wiemy jakie jest ich osobiste do tego nastawienie? Można spekulować, że to co powiedzieliby ci ludzie nie pasuje wizji reżysera. Ponownie pozwolę sobie przytoczyć informację, o których potwierdzenie ciężko aczkolwiek prowokują do myślenia. Otóż pewne źródła mówią, że mieszkańcy Ugandy popierają amnestię dla członków grupy Kony’ego i rozpoczęcie procesu ‚tradycjnej sprawiedliwości’.

Szufladkowanie społeczeństwa na ‚zgwałcone kobiety’ i ‚porwane dzieci’, syndrom poczucia winy (White Man’s Burden-y savior complex), bieda, słabe rządy w Afryce, pomijanie rozmów pokojowych to kolejne z problemów. Do cholery, przecież dokładnie taka sama sytuacja istniała lata temu w Sierra Leone, i zapewne innych krajach Afryki. Wkurza mnie to, że w dzisiejszych czasach marketing i PR jest tak potężną bronią. KONY 2012 jest na to dowodem. Przecież te problemy istniały, istnieją i istnieć będą ale złota młodzież całego świata, dopóki nie powstanie coś popularnego na ten temat, ma to głeboko w dupie. Pathetic.

Pozytywy? Owszem, istnieją. Przyznaję gdyby nie ta cała akcja do dziś pewnie żyłbym w słodkiej ignorancji, nie wiedząc o istnieniu Jospeh’a Kony’ego. Chłopaki z IC chwalą sie, że wprowadzili Kony’ego i jego ugrupowanie na mapę polityczną Ameryki (jak i całego świata). Ok, świetnie. Bez dwóch zdań kampania odniosła ogromny sukces i otwiera oczy milionom z całego świata na problemy w Ugandzie. Bez wątpienia spowoduje odzew aktywistów (oraz pseudoaktywistów) i zmotywuje ludzi do działania. Szkoda jedynie, że ze złych powodów.

Większość pewnie powie ‚Słuchaj stary, wstawiłem ten film na fejsbuka żeby ludzie wiedzieli co się dzieje. Przynajmniej pomagam nie?’. No właśnie nie. Twórcy i ci ‚pseudoaktywiści’ wychodzą z założenia, że robienie czegokolwiek jest lepsze niż nic nie robienie. Skoro już jesteście tacy wrażliwi na problemy Ugandy, Sudanu itd. być może warto poszukać czegoś innego zamiast kupować koszulkę z napisem KONY 2012. I jeszcze jedno, fotografowanie się z bronią w ręku i byłymi rebeliantami chyba nie jest najlepszym pomysłem co nie? Just saying.

Studia: hot or not?

26 Lu

To nie będzie kolejny genialny wpisy. To nie jest jeden z 25, poprzednich wpisów, z których każdy mógł/z których każdy odmienił Twoje życie. Oj nie. To tylko próba rozliczenia się z ostatnimi dwoma miesiącami mojego życia. To próba wyjścia na prostą, po tych kilkunastu wesołych tygodniach, zwanych sesją.

A tak na poważnie, to u po prawie trzech tygodniach ciszy na deli, czas najwyższy na coś co pozwoli odbić się od dna. Od czegoś, trzeba w końcu zacząć. Niech to będzie rewanż na sesji.

Ci, którzy chcieli byśmy znaleźli się tu gdzie jesteśmy, wmawiali nam, że studia rozwijają. W praktyce, jest wręcz na odwrót. Studia upadlają, studia niszczą, studia degenerują. 

Biorąc pod uwagę, że nieodłącznym elementem studiów jest sesja (szczególnie gdy mówimy o sesji ciągłej, której urok – jakby ktoś przypadkiem nie zrozumiał – polega na tym, że jest CIĄGŁA), to trzeba stanowczo zaprzeczyć tej kłamliwej teorii.

Przez ostatni miesiąc, może nie było tak, że nie miałem czasu na pisanie. Czas by się znalazł. Znalazł się na How i meta, znalazł się na Ligę Mistrzów, to znalazłby się na pisanie. Sęk w tym, że telewizja i komputer to jedyni przyjaciele człowieka, w którym zabito wszelką kreatywność. Przeglądałem gazety, słyszałem, o jakże istotnej z perspektywy absolutu sprawy Magdy (która rozbudził we mnie uczucie tęsknoty do Smoleńska, przy tym to był taki fajny, lajtowy i przyjemny temat ..), ale koniec końców nie miałem żadnych, ŻADNYCH przemyśleń.

Harnaś (1,99 zł polecam) i liga mistrzów, how i met, liga mistrzów, how i met, liga europejska. Tydzień w skrócie!

Żeby było gorzej, przez cały ten czas nie przeczytałem żadnej książki, chyba, że za lekturę uznać arcyciekawą – Logikę prawniczą, prof. dr. hab. Wojciecha Patryasa. Ja jednak obstaje, że książka opisująca rachunek predykatów i formułę rachunku zdań, książką w moim znaczeniu tego słowa, nie jest. 

Z filmów nominowanych do Oscara, udało mi się obejrzeć zaledwie cztery filmy, które co gorsza (raczej)  nie spełniły moich oczekiwań. Może to temat na inny artykuł, ale komu podobała się Żelazna Dama, niech podniesie rękę i dla swojego dobra zgłosi się do mojego terapeuty!

Mówią, że sesja ciągła jest cool. W praktyce wygląda to tak, że sesja ciągła jest ciągła i zabija powoli. Nadal mam wątpliwości, czy potrafiłbym to wszystko zdać w tydzień czy dwa, jak to ma miejsce na większości wydziałów w Polsce, ale to wcale nie jest tak cool jakby mogło się wydawać. To trochę jak praca w wolnym zawodzie – nikt nie ustala godzin twojej pracy i kończy się tak, że praca towarzyszy ci cały czas. Brakuje wyraźnych odgraniczeń, cezur czasowych.

W praktyce wygląda to tak, że następny egzamin mam za półtora miesiąca, a potem no to już maj, czerwiec – standard. Work is never done!

Niebywałą zaletą sesji ciągłej jest to, że opija też się ją ciągle. Ale doszły mnie słuchy, że jednym z wiernych czytelników jest mój rodziciel, więc tatę serdecznie pozdrawiam, a sam zręcznie przeskakuję na inne aspekty życia studenta 😉

Jeśli ktoś dalej podtrzymuje, że studia rozwijają, to musiałby zawitać do mojego pokoju. Sterty naczyń, brud, syf i latające ubrania. Co bardziej złośliwi, powiedzą, że to klasyczny opis stanu mojego pokoju. Dźwignę się jednak nad to i nie będę nawet wdawał się w dyskusję z ludźmi o tak podłym uosobieniu.

Podsumowując, sesja upadla. Czyni człowieka, podłą, podrzędną istotą wyprutą z wszelkich wyższych potrzeb. Jeść, spać, pić – to kompletny zbiór potrzeb studenta podczas sesji. Literatura, poezja, metafizyka, absolut, sens egzystencji – te błahe i codzienne przedmioty rozmyślań studenta w czasie wolnym, zostają zastąpione czysto podziemnymi, filisterskimi potrzebami pierwszego rzędu.

A za co Ty nie lubisz sesji? 😉

Poprawność polityczna, a piłka nożna

13 Lu

Dzisiejszy artykuł będzie krótki i na temat. Nie jest typowym artykułem piłkarskim – nie ma być o tym, który piłkarz jest fajny, a który nie jest, albo której drużynie kibicuje, a której nie. Wielu czytelników tego bloga dobrze zdaję sobie sprawę z tego komu kibicuje, a dla tych, którzy tego nie wiedzą wyjaśnię, że jest to Manchester United.

Nie mam tutaj zamiaru bronić Evry czy atakować Suareza – chce poddać w wątpliwość sens całej tej dyskusji. Bo powiedzmy sobie otwarcie – piłkarze to nie żadna zgraja ministrantów, która ponad wszystko ma obowiązek bycia jakoś superultra kulturalna i milutka (bo jak inaczej byłoby nazwać podanie ręki, którejkolwiek ze stron po całej tej sytuacji). To są piłkarze, oni mają grać i tyle.

Nie chce powiedzieć, że piłkarzowi wolno wszystko, bo jego zadaniem jest tylko kopanie piłki, ale ludzie, co dla was oznacza gest podania ręki? Podanie ręki w takiej sytuacji to wyraz szacunku dla przeciwnika. Mielibyście szacunek dla osoby, która zwyzywałaby was od pie****** czarnuchów? Albo lepiej – dla osoby, która wbrew sytuacji faktycznej oskarżyła was o nazwanie jej pie***** czarnuchem? Myślę, że nie. I tyle w tym temacie. Zaznaczę jeszcze, że jeśli faktycznie winowajcą jest Evrą, to całej dalszej manipulacji nie bronie. Ale prawa do życia w zgodności z sobą, już owszem.  

Polacy, Żydzi, seks

8 Lu

Rzadko zdarza mi się występować w roli obrońcy polskiej kinematografii, ale raz nie zawsze. Dzisiaj na tapetę „W ciemności”.

Zarzut nr 0: Agnieszka Holland to, Agnieszka tamto.

Może to nic istotnego, ale żeby dalsza dyskusja miała jakikolwiek sens, należy zaznaczyć, iż historię Leopolda Sochy napisało życie. Co więcej to nie Agnieszka Holland odtworzyła pierwotnie jego historię, a Robert Marshall książką „W kanałach Lwowa”. „W ciemności” to tylko mniej lub bardziej wierna ekranizacja. Nie wykluczam, że sam dalej będę posługiwał się tym skrótem myślowym, ale pamiętajmy, że Holland miała tylko pośredni wpływ na  scenariusz filmu.

Zarzut nr 1: film szkaluje Polaków.

Jakoże paradoksalnie zarzut nr 2 brzmi: film idealizuje Polaków (że niby nie podołał misji odbrązowienia naszego narodu). To omówimy te zarzuty razem.

Wiadomym jest, iż Polacy mają pewne problemy dotyczące tożsamości. Ciężka historia, która nie jest pojmowana jako skutek naszych zachowań i działań, a jakaś niesprawiedliwa kara, która spotkała nas nie wiadomo dlaczego doprowadziła do bardzo specyficznego pojmowania samych siebie. Polacy lubią widzieć siebie jako ofiary i nie dopuszczają do myśli, że mogliśmy być równie bestialscy jak nasi oprawcy.

Tomasz Gross publikując swoje kontrowersyjne książki o antysemityzmie w Polsce jak „Strach” czy „Sąsiedzi” musiał liczyć się z tym, iż Polacy Sarmaci, Polacy Patrioci takich zarzutów nie przełkną.

Polacy, Żydów to conajwyżej mogli łaskawie ratować, z pewnością nie byli ich oprawcami.

Gdy skonfrontujemy  pogląd Grossa na temat Polaków i to co zwykło się nas uczyć na lekcjach historii, można doznać czegoś co może owocować rozdwojeniem jaźni.

I tu wydaje mi się, że z pomocą idzie Agnieszka Holland ze swoim „W ciemności”.

Film nie miał na celu odbrązowić Polaków, bo to już zbyt drastycznie i jednostronnie zrobił Gross. Nie miał też na celu pokazać jacy to Polacy byli cool, bo to przecież wszyscy wiemy i słyszeliśmy setki razy. „W ciemności” to próba pogodzenia tych dwóch poglądów. Taka dwoista kreacja bohatera, który początkowo Żydów traktuje jedynie jako źródło dochodów, a potem krzyczy „żydy, żydy, moje żydy!” ma jednoznacznie pokazać, iż w Polsce byli za równo antysemici, jak i ludzie wrażliwi na ludzkie cierpienie.

Co więcej Agnieszka Holland podjęła się jeszcze jednego zadania – wytłumaczenia przyczyn antysemityzmu. Kilkukrotnie pojawiające się stwierdzenie, że Jezus też był Żydem i zdziwienie bohaterów dość trafnie obrazuje istotę polskiego antysemityzmu.

Pokazuje tylko, że antysemityzm nie wynikał z jakiejś szatańskiej ideologii godnej Adolfa Hitlera, a był raczej owocem głupoty, zacofania i ogólnego niskiego poziomu społeczeństwa polskiego.

Tak więc podsumowując – Agnieszka Holland buduje wreszcie jakiś zdrowy pogląd o Polakach. Nie byliśmy ani idealni jak to próbują nam wmówić Polacy Sarmaci, ani w całej krasie źli jak to próbuje wmówić nam Gross.

Zarzut numer trzy: w filmie było za dużo scen seksu.

Zarzut może byłby i słuszny, o ile nie uwzględniać by kontekstu. „W ciemności” w moim odczuciu miało zobrazować jak wojna, jak chore idee, upadlają człowieka. Jak wojna pozbawia najzwyklejszych ludzi, godności i człowieczeństwa. W jaki prosty sposób można człowieka sprowadzić do poziomu zwierzęcia. Czy takie ohydne i bestialskie (określenia zaczerpnięte z forum filmwebu) sceny seksu, nie są najprostszym zabiegiem, żeby wszystko to wyrazić?

Zarzut numer cztery: film był zbyt banalny i grafomański.

Polskie filmy historyczne na ogół są banalne i śmierdzą jak to nazywam ‘nadniemszczyzną’. Nie trzeba daleko szukać, nie tak dawno w kinach puszczali Janka Wiśniewskiego, czy wcześniej „Katyń” Wajdy.

Ale nie mogę się zgodzić, że film ten gra w tej samej lidze – Holland pozostawiła wiele rzeczy niedomówionych, pozostawiając widzowi pole do rozmyślań. Sam w sobie porusza dużo różnych wątków i przecież nie było jego celem pokazanie jak to na ogół jest, jacy to niektórzy są dobrzy dobrzy, a inni źli źli.

Nie wykluczam też, że może po prostu dałem się porwać różnym zabiegom i faktycznie film trąci gdzies kiczem (?), ale zadam jedno pytanie do krytyków „W ciemności”: jak według was powinien wyglądać film o takiej tematyce? Bo chyba nie wyobrażamy sobie sytuacji, jakby każdy film wojenny był  tak przewrotny jak „Bękarty Wojny” Tarantino ..

A wy co uważacie na temat „W ciemności”?

Buddyzm, czyli szansa

3 Lu

Jestem świadom, iż wiele osób z mojego otoczenia, może uważać, że moje zainteresowanie buddyzmem jest swego rodzaju pozą, lub też, że jest powierzchowne i wkrótce przeminie. Myślę też, że jednocześnie sam buddyzm brzmi bardzo egzotycznie i mało kto wie, o co w tym chociaż z grubsza chodzi. 

Na start was uspokoję – nie mam tutaj na celu nikogo indoktrynować czy coś w ten deseń – sam Budda Siakjamuni (ten pierwszy, oryginalny Budda) jest autorem takich słów:

 Żadna religia nie jest ważniejsza niż ludzkie szczęście.

Czy też tych wypowiedzianych tuż przed swoją śmiercią:

Nie wierzcie w jakiekolwiek przekazy tylko dlatego, że przez długi czas obowiązywały w wielu krajach. Nie wierzcie w coś tylko dlatego, że wielu ludzi od dawna to powtarza. Nie akceptujcie niczego tylko z tego powodu, że ktoś inny to powiedział, że popiera to swym autorytetem jakiś mędrzec albo kapłan, lub że jest to napisane w jakimś świętym piśmie. Nie wierzcie w coś tylko dlatego, że brzmi prawdopodobnie. Nie wierzcie w wizje lub wyobrażenia, które uważacie za zesłane przez boga. Miejcie zaufanie do tego, co uznaliście za prawdziwe po długim sprawdzaniu, do tego co przynosi powodzenie wam i innym.

Jasnym więc staję się, iż buddyzm nie ma nic wspólnego z jedyną słuszną wiarą, ani nawracaniem krwią i mieczem. Skąd więc fenomen buddyzmu?

XXI wiek to wiek, który może trochę przytłaczać jednostkę. Postępujący kapitalizm, wyścig szczurów, zanik podstawowych wartości, upadek religii i laicyzacja życia, powoduje, iż wielu z nas nie ma żadnego punktu odniesienia, a skutkiem tego, stajemy się samotni i wyalienowani. Takim punktem odniesienia, filozofią, która mogłaby uczynić nasze życie łatwiejszym, a nas samych skuteczniejszymi, wierzę, że jest buddyzm.

Jak już ustaliliśmy, sam buddyzm nie ma wiele wspólnego z religią teistyczną typu judaizm, islam czy chrześcijaństwo. Nie istnieje, żadna nadprzyrodzona istota, która mówi co wolno, a czego niewolno. Naturalną konsekwencją tego stanu rzeczy, jest fakt, iż nie ma też nikogo nad nami, kto mógłby decydować o naszym życiu. Jesteśmy panami swego życia i wszystko co spotyka nas w życiu wynika poniekąd z naszych wcześniejszych zachowań, myśli itp.

Oczywiście buddyzm wiążę się z pewnymi praktykami religijnymi – jak medytacje, które służą raczej doskonaleniu siebie samego, aniżeli wybłaganiu ciepłego zakątka w raju. Innym założeniem buddyzmu jest reinkarcja – w którą jednak nie trzeba wierzyć, żeby móc wyznawać samą filozofią buddyjską.

O słuszności mojej tezy (iż buddyzm może ‘uleczyć’ człowieka z różnego rodzaju lęków  typowych w dzisiejszych czasach), świadczyłoby zainteresowanie buddyzmem C.G. Junga – wybitnego psychologa, młodszego kolegi Zygmunta Freuda, owocem którego powstała książka „Psychologia, a religia wschodu”. Sam Jung dość trafnie skwitował, iż:

W chrześcijaństwie więcej się cierpi, w buddyzmie więcej się widzi i czyni.

Inna persona, która zainteresowała się buddyzmem to Erich Fromm – wybitny socjolog i filozof społeczny żydowskiego pochodzenia, autor „Ucieczki od wolności” czy „Mieć czy być”.

Na czym więc polega to odlotowe przesłanie buddyzmu? Z całą pewnością trudno to streścić w tak, krótkim artykule, ale od razu zaznaczę, że nie jest odlotowe, tylko jest. I jest niesamowicie skuteczne. Bowiem zamiast zmieniać skutki naszych uwarunkowań (przeciwnie jak religie wyrosłe w naszej kulturze – które poprzez system nakazów i zakazów zmieniają tylko nasze zewnętrzne zachowanie, a co gorsza wcale nie zakładają, iż uczyni nas to szczęśliwszymi tu i teraz), zmieniają po prostu nas od wewnątrz.

W książce innego znanego psychiatry Howarda C. Cutlera pt. „Sztuka szczęścia”, która zawiera wyciąg z nauczania Dalajlamy padają słowa:

„Dobrze jest więc przed podjęciem każdej decyzji zapytać samego siebie: ‘Czy to da mi szczęście?’ To proste pytanie może stać się doskonałym narzędziem, które pomoże nam mądrze postępować we wszystkich sferach życia, a nie tylko podejmować decyzję czy brać narkotyki czy zjeść trzeci kawałek tortu bananowego. Rzuca ono całkiem nowe światło na nasze życie. Podejmowanie codziennych decyzji w oparciu o to pytanie sprawia, że nie skupiamy się na tym czego sobie odmawiamy, lecz czego szukamy – na ostatecznym szczęściu. Taki rodzaj szczęścia jest stabilny i trwały”

I tyle. Każde nasze działanie ma być zdeterminowane przez to, żeby potęgować szczęście, swoje i otoczenia. Jeśli masz zamiar zrobić awanturę na PKP, jeśli chcesz zwyzywać strażniczkę miejską, za to, że dała Ci mandat (pozdrawiam serdecznie!), to uświadom sobie, że ani to nie poprawi Twojego nastroju, ani tym bardziej ludzi na których się wyżywałeś.

Ktoś kto wyćwiczy w sobie nawyk bycia pogodnym, ktoś kto odmówi sobie wiecznego krytykowania i narzekania, ktoś kto zamiast siać negatywne uczucia, będzie potęgował dobre nastroje innych jest na dobrej drodze by prowadzić szczęśliwe, poukładane życie.

W buddyzmie w żadnym wypadku nie chodzi o to czego Ci wolno, albo tego czego Ci nie wolno. Nie może o to chodzić – bo nie ma na świecie nikogo takiego, kto ma prawo to bezwarunkowo orzekać. To Ty jesteś swoim panem. Jeśli uważasz, że jakieś zachowanie, które w gruncie rzeczy jest szkodliwe, Tobie służy – to pięknie. Być może pewnego dnia, obudzisz się i sam zrozumiesz, że jest na odwrót – wtedy o ile będziesz wystarczająco silny, zmienisz to. Jeśli pewnego dnia się po prostu nie obudzisz – prawo karmy jest bezwzględne.

Bowiem jak powiedział wspomniany już Budda Siakjamuni:

Nie ma żadnej drogi do szczęścia. To szczęście jest drogą.

Buddyzm uczy bowiem jeszcze jednej rzeczy – wszystko jest oparte na prawie przyczyny i skutku. Jeśli nie zdałeś egzaminu, jeśli dostałeś mandat, jeśli nie wychodzi Ci w związku – szukaj na początku przyczyny w sobie. Oczywiście nie chodzi tutaj o to, żeby się obwiniać – tylko, o to, żeby zauważyć związek pomiędzy własnym zachowaniem, a skutkiem. Dopiero wtedy, gdy przestaniemy obwiniać cały świat, za skutki naszego zachowania – staniemy się odpowiedzialni za samego siebie, zyskamy bezgraniczną wolność.

Oczywiście buddyzm – to zjawisko (mówię – zjawisko, bowiem, to swoiste połączenie doktryny religijnej, filozoficznej i psychologicznej), które doczekało się setek publikacji i setek opracowań. Zapewne, każde z nich zdecydowanie lepiej wyjaśni wam o co w buddyzmie chodzi, a o co nie. Dlatego kończę ten już przydługawy artykuł, którego celem miało być tylko zasygnalizowanie, iż coś takiego istnieje i jest dla ludzi – tutaj w Europie. Jeśli kogoś chociaż w jakimś stopniu zdołałem zainteresować tematem tego artykułu, to odsyłam do lektury.

Zaznaczę jeszcze, iż nie jest to droga dla każdego, jak żadna religia. Buddyzm to nie jest bowiem szkoła, w której powiedzą Ci, zrób to i to, przysiądź tyle i tyle, a zdasz egzaminy i dostaniesz się na najlepsze studia. To raczej kwintesencja wolności, gdzie jeśli chcesz się samodoskonalić i jesteś gotów sam włożyć wysiłek w ten proces, a więc bliska Ci jest samodyscyplina i poczucie odpowiedzialności za siebie, to wskażę Ci się drogę – jak to wykorzystasz, to już Twoja sprawa.

Budda i miłość – Ole Nydal

Bungee mądrości – Ole Nydal

Sztuka szczęścia – Howard C. Cutler

Dwie pierwsze książki zostały napisane przez jedynego europejskiego lamę – Ole Nydala, któremu Buddyzm Diamentowej Drogi zawdzięcza przeniesienie nauk Buddy na grunt europejski. Niegdyś heroinista i hippis, dzisiaj nauczyciel duchowy, żonaty, choć jak sam otwarcie przyznaję, w raz z żoną żyją w „poszerzonym związku”. Trzecia przez wspominanego już amerykańskiego psychiatrę.

Odradzam natomiast lekturę Ericha Fromma pt. „Psychoanaliza, a buddyzm zen” – to raczej wyższy, nie interesujący nas tu poziom abstrakcji.